DA "Na Czarnej"

Opis rajdu


Nazwa rajdu:Przełomowy
Rajd nr:149
Data:2011-11-19
Trasa:Błotnia - Pruska Karczma - Buszkowy Dolne - Babi Dół - Kolbudy
[km]27


ARCHIWALNA RELACJA:

149 Rajd DA - Przełomowy


Zebrała nas się dziesiątka. Niemal każdy z nas zaliczył tegoż poranka pobudkę około godziny piątej. Niestety tak wcześnie, ze względu na połączenie PKS (jak też brak późniejszego). Przejazd autokarem odbył się bez problemów i zaraz po wschodzie Słońca przybyliśmy do miejscowości Błotnia. Skierowaliśmy się do wsi Olszynka, by następnie skręcić w brukowaną drogę wiodącą do Pruskiej Karczmy. Jednak większość postanowiła uroków kocich łbów nie doceniać i szła poboczem. Wiktor zaprowadził nas do leśniczówki Wojanowo, w pobliżu której urządziliśmy sobie dłuższy postój. Były tam ławki i stoliki, ale niestety mokre po nocnym deszczu. Ania podzieliła nas na trzy grupy i rozdała "kamienny" quiz. Chyba okazał się trudny, bo nikt nie uzyskał maksymalnej liczby punktów.
Po śniadaniu wyruszyliśmy do obozu pracy Grezndorf. Zanim jednak tam dotarliśmy, zatrzymaliśmy się nad miejscem śmierci Alfa Liczmańskiego. Był to Polak i gdańszczanin. Urodził się 20 marca 1904 roku. Swoje życie poświęcił harcerstwu. Już w roku 1920 współtworzył pierwszą gdańską drużynę harcerską im. Zygmunta Augusta. Ze względu na swój patriotyzm, po wybuchu wojny został aresztowany przez Niemców i osadzony w obozie pracy nieopodal wioski Grezndorf (obecnie Graniczna Wieś). Tam też został rozstrzelany 20 marca 1940 roku. Po wojnie jego ciało zostało przeniesione na cmentarz w Gdańsku-Zaspie.
Z symbolicznej mogiły Alfa Liczmańskiego udaliśmy się bezpośrednio do tego co zostało po obozie pracy. A zostało niewiele. Na miejscu były umieszczone tablice pamiątkowe oraz krzyż. Po budynkach nie było już śladu, ponieważ rozebrano je wraz z likwidacją obozu w listopadzie 1941 roku. Obóz znajdował się w środku lasu. Otaczały go bagna i nasypy, tak, że można było się do niego dostać tylko główną drogą. Cofając się w czasie, warto powiedzieć, że obóz ten początkowo powstał jako zakład pracy dla przestępców gdańskich. Wraz z wybuchem wojny został przekształcony przez okupanta w podobóz Stutthofu. W obozie przebywało około 350 więźniów, w tym około stu pomorskich księży. Czekała na nich nieludzka praca w pobliskich kamieniołomach. Warunki w obozie były bardzo ciężkie, a więźniowie nierzadko byli katowani na śmierć. Komendant obozu Richard Reddig sam ogłosił "na powitanie" transportowi księży, że najchętniej by ich rozstrzelał, ale potrzeba mu było rąk do pracy.
Po krótkiej modlitwie i zapaleniu zniczy udaliśmy się w dalszą wędrówkę.
Tempo mieliśmy świetne. Po drodze zatrzymaliśmy się przy wiekowym, porośniętym mchem, buku - pomniku przyrody. Tam mieliśmy okazje sprawdzić swoją znajomość mapy i kompasu (dowcip zrozumiały tylko dla wtajemniczonych...). Dalsza trasa nie należała już do często uczęszczanych: częściej musieliśmy się przedzierać między drzewami niż iść wyprostowani. Ale może to tylko moje subiektywne odczucie, związane z moim wzrostem. Po około kilometrze takiej trasy dotarliśmy do bardziej wyraźnych dróg. Minęliśmy sanatorium Zaskoczyn (dziś dom opieki, dawniej miejsce wypoczynku lotników Luftwaffe) i dotarliśmy do malowniczej doliny przez którą przepływała niewielka rzeczka Kłodawa. Tam Wiktor wskazał nam pozostałości po pradawnych kurhanach. Musieliśmy trochę nachodzić się w górę i w dół, po stokach, by przekroczyć dolinę. Na skraju lasu, tuż za Kłodawą urządziliśmy sobie kolejny postój, połączony ze wspinaczką na drzewa. Dalsza trasa odbywała się po zachodnim stoku doliny i można ja określić trzema słowami: chaszcze, błoto, dzicz. Dla podkreślenia dzikiej natury tych terenów warto wspomnieć, że na trasie napotkaliśmy jelenie i sarny. Gdzieś w środku lasu urządziliśmy sobie czterdziestominutowy postój. Ponieważ było już po godzinie dwunastej, rozpoczęliśmy go Aniołem Pańskim.
Dalsza trasa odbywała się już po bardziej ucywilizowanych terenach. Od wsi Buszkowy Dolne wędrowaliśmy w kierunku Ostróżek. W Lisewcu zatrzymaliśmy się, by podziwiać uroki tamtejszej żwirowni i ogłosić wyniki "kamiennego" quizu. Koło Ostróżek znów wróciliśmy do lasów, by dotrzeć do Babiego Dołu. Tam starałem się zmotywować pozostałych rajdowiczów do tempa truchtowego, by zdążyć na wcześniejszy autobus, jednak nogi odmawiały nam już posłuszeństwa i we wsi zatrzymaliśmy się na krótki postój. Potem czekały na nas już tylko asfaltowe oraz brukowane drogi wsi Nowiny i szosa na Kolbudy.
Podczas rajdu prawie nie spotykaliśmy ludzi. Pogoda również nam dopisywała, bo choć było wilgotno, to nie padał deszcz, wiatr był znośny, a Słońce zapewniało dodatnią temperaturę. Nie wiem jak inni, ale ja się wymęczyłem porządnie!

Juliusz Chojecki



Copyright © 2007 DA "Na Czarnej"
23326