Diecezjalny Ośrodek Duszpasterstwa Akademickiego
Gdańsk Wrzeszcz - DA „Na Czarnej"

Wybrzeżem Bałtyku

Rajd nr: 145 , Data: 30/04/2011 – 03/05/2011, [km]: 117
Trasa: Ustka – Rowy – Smołdziński Las – Łeba – Lubiatowo – Białogóra – Dębki – Karwia – Jastrzębia Góra

Długość trasy w ciągu kolejnych dni – 30 IV: 33km, 1 V: 29km, 2 V: 31km, 3 V: 24km.


30 kwietnia 2011 r.

W tym roku, w odróżnieniu od lat poprzednich, przed rajdem majowym nie odbyło się ani spotkanie organizacyjne, ani tradycyjna zbiórka bezpośrednio przed wyjazdem. Nie było takiej potrzeby. Nie wyjeżdżaliśmy w góry, na drugi koniec Polski, nie czekała nas noc, którą spędzilibyśmy w ciasnych, ośmioosobowych przedziałach. Dojechać mieliśmy do Słupska poranną kolejką SKM. Dzięki telefonom komórkowym uczestnicy rajdu, wsiadający na różnych trójmiejskich stacjach, szczęśliwie odnajdywali resztę grupy. Choć na początku panował tłok, w miarę oddalania się od Gdyni z każdym kolejnym postojem czuliśmy się swobodniej, aż w końcu wszyscy razem siedzieliśmy w jednym przedziale i byliśmy w nim prawie jedynymi pasażerami.
Ku naszej uciesze Unia Europejska dostarczyła nam powodu do kreatywnych rozmyślań. W każdym z przedziałów umieszczona była tablica, która przedstawiała rybę – przejaw „kampanii społecznej” prowadzonej pod hasłem „Zdrowa ryba. Głosu nie mają, zdrowia dodają”. Do tablicy przymocowany był bloczek, z którego osoba zainteresowana ową rybą mogła oderwać dwustronnie i kolorowo ilustrowaną niewielką kartkę. Kartka, oprócz tego, że zapełniona była przeróżnymi logami, przedstawiała lina i podawała przepis, w jaki sposób można przyrządzić zeń frykadelki. Niektórzy z nas nie mogli wyjść z podziwu, ile to Unia Europejska robi dla nas dobrego, jak wspaniały pożytek czyniony jest ze środków, które pochodzą z naszych podatków. Długo by wyliczać korzyści, ale wśród tych, które zauważyliśmy podczas rzeczowej dyskusji, były m.in. walory edukacyjne – oświecenie dorosłych i dzieci wiedzą obrazującą wygląd lina (pozostaje czekać na ulotki popularyzujące mięsne rarytasy, aby podczas podróży pociągiem można wyjaśnić małemu szkrabowi: „widzisz, synku, tak wygląda baleron”), walory gospodarcze czyli tworzenie miejsc pracy (ktoś przecież musi przygotować i wydrukować ulotki), walory ekologiczne (papier użyty do druku na pewno pochodził z makulatury i sam takim surowcem się stanie), no i rzecz jasna walory ekonomiczne, tj. racjonalne wykorzystanie środków przeznaczonych na sfinansowanie akcji popularyzowania frykadelek z lina – bo przecież można by je zmarnować w bezsensownych działaniach… Znalazł się wśród nas jednak malkontent ? „eee tam, to już było” ? zauważył, i dodał, że pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia w Polsce przeprowadzano podobną akcję popularyzatorską przez Zjednoczenie Gospodarki Rybnej pod nazwą „Ryby z mórz i oceanów na twój stół”. Dajmy jednak sobie spokój, bowiem ignorant ten nie zauważył, że czasy i cele się zmieniły i dziś już nie propaguje się (tylko prowadzi kampanie społeczne) śledzi czy halibutów, ale liny! Podróż pociągiem upłynęła nam miło – zachodziliśmy w głowę jak wyglądają i smakują frykadelki.
Do stacji docelowej nie dojechaliśmy na czas, ponieważ dwa dni przed naszym wyjazdem na trasie zdarzył się wypadek – w Mostach pod Lęborkiem samochód ciężarowy wjechał pod pociąg dalekobieżny. Z tego powodu jeszcze przez kilka dni po wypadku kursowała autobusowa komunikacja zastępcza, z której i my byliśmy zmuszeni skorzystać. W końcu jednak dojechaliśmy do Ustki późniejszym autobusem i nieco po godzinie dziewiątej rozpoczęliśmy naszą wędrówkę, której celem było piesze przebycie ponad 100 kilometrów wzdłuż wybrzeża Bałtyku.
Pomysł na taką formułę wędrówki nie jest bynajmniej niczym nowym – wiele osób przed nami decydowało się na przebycie całego naszego polskiego wybrzeża lub rozległych jego odcinków. Powstał nawet „Poczet Bałtyckich Długodystansowców”, założony i prowadzony przez niestrudzonego turystę oraz podróżnika Kubę Terakowskiego (tu wypada wspomnieć, że pomysł 145 rajdu DA narodził się w głowie Organizatora właśnie podczas jednej z nadbałtyckich wędrówek prowadzonych przez Kubę). Jak napisał na swej stronie internetowej pomysłodawca, kryterium kwalifikacji do „Pocztu” stanowi „przejście wzdłuż naszego wybrzeża przynajmniej stu kolejnych kilometrów podczas jednej wędrówki, w konwencji trampingowej”. W konwencji trampingowej, czyli po prostu z plecakiem oraz tylko i wyłącznie na piechotę. I taki właśnie miał być rajd „Wybrzeżem Bałtyku”.
Czy uczestnicy wiedzieli, czego mogą spodziewać się na rajdzie? Większość z pewnością tak, ponieważ 16 lutego 2011 r. w sali akademickiej odbyło się współorganizowanie przez Rajdy DA spotkanie podróżnicze, podczas którego mogli, jeśli nie zasmakować, to przynajmniej zapoznać się z częścią dań z obfitego menu przygód jakie na nich czekały. Prezentację „Świnoujście – Hel, krok po kroku…”, obficie okraszoną zdjęciami, zaprezentowali nam bowiem wspomniany już Kuba oraz Magda Zielony. Tematem były oczywiście nadbałtyckie wędrówki i wszystko to, z czym można się podczas nich zetknąć. Wysłuchać można było nie tylko interesujących ciekawostek i praktycznych porad, lecz także zabawnych anegdot – ot, choćby takiej, że w pewnej nadmorskiej miejscowości znaki turystycznego szlaku pieszego prowadziły po ścieżce rowerowej, z czego skwapliwie korzystali strażnicy nakładający mandaty…
Nas jednak taka przygoda nie spotkała. Po przybyciu do Ustki spacerem udaliśmy się do wejścia na plażę, przed którym zrobiliśmy krótki postój. Niewielki posiłek, przedzierzgniecie się w odpowiedni strój i krótkie zaznajomienie z zasadami rajdu poprzedziły wymarsz. Odtąd każdy miał swoim własnym tempem przebywać kolejne odcinki plaży. I taka była właśnie jedna z zasad tego rajdu – idąc po plaży, każdy w swoim rytmie stawiał kolejne kroki, bacząc jednak, aby nie wyprzedzać osoby prowadzącej, a osoba będąca na czele miała zatrzymać się o wskazanej wcześniej godzinie i poczekać, aż dołączą do niej współtowarzysze. Zresztą osobę najbardziej wysuniętą na czoło można było łatwo dostrzec – to ona najczęściej pełniła funkcję chorążego, niosąc tradycyjnie już obecną na naszych majowych wędrówkach biało-czerwoną flagę. Jako pierwszy flagę wziął Marcin i wyruszyliśmy. Po niedługim czasie rozciągnęliśmy się na długości dobrych kilkuset metrów. Metę pierwszego odcinka tego dnia wyznaczało ujście niewielkiego strumienia nieopodal Orzechowa, które jednak było na tyle rozległe, że nie sposób było przezeń przeskoczyć i jedno za drugim musieliśmy przeprawiać się, uważnie stawiając nogi na śliskich kamieniach, kawałkach kłód i konarów. Część z nas podczas tego rajdu pomagała sobie w marszu kijami wędrówkowymi, które przy przekraczaniu rzeczki okazały się bardzo przydatne i wszyscy przeszli na drugi brzeg suchą stopą.
W tym miejscu plażę zamieniliśmy na nadmorski las, a czerwony szlak, którym podążaliśmy, wił się na zmianę to pomiędzy pagórkami, to nad samym zboczem stromego klifu. Widoki zapierały dech w piersiach i raz po raz przystawaliśmy, aby nasycić się pięknem krajobrazu. Syci widokami, na jednej ze słonecznych polan rozłożyliśmy się z popasem, aby nasycić także głód. Niektórzy z uwagą wertowali Gazetkę Rajdową i dołączone do niej śpiewniki. Zawierała opis trasy autorstwa wspomnianego Kuby, klasyfikację rajdową, czytania na każdy dzień drogi oraz informacje o liczeniu sieweczek obrożnych (mieliśmy zamiar przyczynić się do rozwoju nauki, ale m.in. z powodu natarczywego wiatru i przebycia mniejszej części trasy po plaży, niż pierwotnie zakładaliśmy, ten punkt naszego rajdowego planu nie został dobrze zrealizowany). Gazetka, choć lata świetności w tej edycji najwyraźniej miała już za sobą, ukazała się z okazji naszego rajdu. Wraz z nią każdy otrzymał niewielki śpiewnik rajdowy – nauczeni doświadczeniem lat poprzednich, postanowiliśmy ułatwić zadanie tym z nas, którzy chociaż śpiewać chcieli, to nie znali tekstów piosenek. A i ci, jak się miało później okazać, którzy najbardziej nie chcieli śpiewać, gdy przyszło uczynić użytek z naszych zdolności wokalnych, śpiewali najwytrwalej. Przygotowaniem śpiewnika zajął się Artur i – o czym wszyscy mogliśmy się przekonać – dobrze wykonał swoje zadanie. Miejmy nadzieję, że z biegiem czasu ukażą się kolejne, wzbogacone o nowe teksty, edycje. Zaspokoiwszy głód i odmówiwszy modlitwę, wyruszyliśmy w dalszą drogę. Metą tego odcinka miała stanowić miejscowość Rowy i tamtejsza karczma.
Kolejne kilka kilometrów wędrowaliśmy podzieleni na kilka grup – jedni wybrali pagórkowaty i poprzecinany jarami las, inni gładką, ale wietrzną plażę. W końcu jednak, bez większych perypetii spotkaliśmy się wszyscy przy stole w karczmie mieszczącej się naprzeciwko pętli autobusowej. Nazwę pominiemy tu milczeniem, ponieważ pomimo ładnego wystroju lokal ten nas nie zachwycił (nie po raz pierwszy zresztą). A szkoda, bo miał ku temu warunki. Brak ciepłego przyjęcia to nie tylko zimny kominek, gdy za oknem chłód. Choć, podczas wizyty zimą, grupa rajdowiczów była świadkami ciepłego przyjęcia… Rozdziawszy się i zasiadłszy za stołem, po dłuższej chwili ujrzała zmierzającego ku niej kelnera. Ten, krocząc szybko z radosnym uśmiechem, powitał przybyłego przed chwilą do karczmy… zagranicznego emeryta. Ot, co znaczy gościnność! Dodajmy do tego, że niektórzy rajdowicze odwiedziwszy karczmę trzykrotnie w ciągu zaledwie pół roku, za każdym razem doświadczyli niebywałej wprost inflacji… Nie zabawiliśmy tam długo. Pobieżnie zaspokoiwszy głód, nie mogliśmy zwlekać z wymarszem, aby zdążyć do naszej kwatery przed zmrokiem.
Szybko przeszliśmy przez miejscowość i za mostem na Łupawie skierowaliśmy się na wschód, na drogę wiodącą do wejścia do Słowińskiego Parku Narodowego. W tym miejscu wypada przyznać, że organizacja przebiegała bardzo sprawnie. Prawie wszystkie zbiórki i wymarsze odbywały się punktualnie (prawie – tu Organizator winien uderzyć się w pierś i największe, jeśli nie jedyne, opóźnienie wziąć na siebie). Główną tego przyczyną była ograniczona, w stosunku do lat poprzednich, liczba uczestników. Wędrowaliśmy w dziesięcioosobowym składzie, a każda z osób dowiodła wcześniej swojej kondycji przez udział we wcześniejszych rajdach. To sprawdzone w latach poprzednich rozwiązanie w połączeniu z optymalną ze względu na mobilność liczbą członków drużyny spowodowało, że sprawnie mogliśmy pokonywać duże – i jak się okazało – niekoniecznie łatwe, dystanse. Ograniczenie składu miało również i inne zalety – wspomnieć tu należy o większym wyborze potencjalnych miejsc noclegów, szybkim zamknięciu listy uczestników, a także, w przypadku, gdyby ktoś przed wyjazdem musiał wycofać się z udziału – większej liście rezerwowej. Jednak nie tylko skład drużyny zaważył na sprawnym przygotowaniu rajdu. Do pomocy włączyli się sami uczestnicy – powstał wspomniany już śpiewnik, Ania podjęła się rezerwacji noclegów (zważywszy na wynegocjowane stawki – z doskonałym skutkiem), a Joasia zajęła się zebraniem funduszy.
My jednak, dotarłszy do wejścia do Słowińskiego Parku Narodowego, nie musieliśmy uiszczać opłaty, gdyż, jak się ku naszemu zdziwieniu okazało, pomimo „długiego weekendu” rogatka była zamknięta. Dopiero następnego poranka uiściliśmy opłatę za wstęp w Czołpinie, będąc przy tym pierwszymi osobami, które nabyły bilety w nowym sezonie. Natomiast 30 kwietnia przed rogatką w Rowach czas się zatrzymał na zeszłorocznej jesieni i kasa była zamknięta na cztery spusty. Wydawało się to uzasadnione – wędrując czerwonym szlakiem nad jeziorem Gardno do Smołdzińskiego Lasu nie napotkaliśmy prawie żadnych turystów.
Niebawem, po przebyciu około dwóch kilometrów, zatrzymaliśmy się na postój na pomoście widokowym wzniesionym nad trzcinami jeziora, z którego roztaczał się kojący widok na rozległą taflę jeziora i wyraźnie wybijającą się ponad horyzont górę Rowokół (114,8 m n.p.m). Upoiwszy się spokojem tego miejsca, powędrowaliśmy dalej leśną drogą, wiodącą nad brzegiem tego niezwykłego jeziora. Niezwykłego, bowiem zdarza się, że woda zamiast uchodzić zeń przez Łupawę do Bałtyku, dzięki tak zwanemu prądowi wstecznemu wpływa z morza do jeziora. Stąd, jak można przeczytać w uczonych źródłach, „można tu spotkać organizmy żywe charakterystyczne zarówno dla wód słodkich, jak i słonawych”.
Pokonawszy kolejne kilka kilometrów zatrzymaliśmy się na postój na rozwidleniu dróg w Gardnie Leśnej. Stamtąd już zaledwie niecałe 7 kilometrów dzieliło nas od naszej kwatery, do której zmierzaliśmy czerwonym szlakiem, biegnącym nad jeziorami Dołgie Małe i Dołgie Duże. Również przy każdym z nich nacieszyliśmy się widokami z pomostów widokowych, i nieco już zmęczeni, zaczynaliśmy rozmyślać o noclegu. Gdy Słońce powoli chyliło się już ku zachodowi, my wędrowaliśmy cichymi łąkami, przez które przepływał kanał łączący jeziora Łebsko i Gardno. Co bystrzejsi z nas mogli zauważyć przemykające w pobliżu tu i ówdzie sarny, a mniej bystrzy – pasące się w oddali krowy. Na dwa kilometry przed końcem drogi nastąpił krótkotrwały podział w naszej drużynie. Część mniej zmęczonych zaproponowała nadłożenie kilku kilometrów, aby podziwiać zachód słońca na plaży. W tej sytuacji przydzielone każdemu z uczestników przez Organizatora prawo weta znalazło zastosowanie i, nie zmieniając planów, podążyliśmy leśną drogą prosto ku miejscu naszego noclegu. Sytuacja ta wyszła jednak na dobre – chętni podziwiali rozgwieżdżone niebo dwie noce później.
O zmierzchu dotarliśmy do jednego z domostw położonych na skraju Smołdzińskiego Lasu, oddalonego zaledwie o rzut kamienieniem od parku narodowego. Pośród spokoju i ciszy płynących z otaczającego nas krajobrazu, czekała na nas ciepła i miła kwatera oraz uśmiechnięta i życzliwa gospodyni. Ciepły prysznic, miękkie łóżko, fotel, czajnik elektryczny – jakże wspaniałe to luksusy! Rozsiedliśmy się w przytulnej wspólnej sali, aby przy rozmowach i ciepłej herbacie odpocząć przed następnym dniem wędrówki.

Wiktor Jesionek


 

1 maja 2011 r.

Wraz z nastaniem świtu opuściliśmy kwaterę w gościnnym Smołdzińskim Lesie, wyruszając w kolejną wyprawę. Organizator rajdu – Wiktor zaczął cierpliwie objaśniać nam, jakie przygody po drodze nas czekają. Zachmurzone niebo zapowiadało nieuchronny deszcz. Co prawda mieliśmy do pokonania przeszło 25 km, ale ta odległość nas nie zniechęcała. Nasza podróż zaczęła się bowiem w pięknej oprawie pobliskiego lasu. W oddali spostrzegliśmy ogromne bagniska, znajdujące się w leśnej gęstwinie. Podążając czerwonym szlakiem, spotykaliśmy po drodze pojedyncze, potężne świerki, które otaczały nas aż do momentu pierwszego postoju. Zbliżała się godzina 9:40. Okazało się, że odpoczynek znajdował się u podnóża wydmy. Tam odbyła się przygotowana wcześniej wyjątkowa niespodzianka. Nastał bowiem dzień beatyfikacji papieża Jana Pawła II. Dlatego Ania postanowiła z tej okazji uczcić pamięć Wielkiego Polaka przygotowując quiz. Podzieliliśmy się więc szybko na trzy zespoły po trzy osoby i rozwiązywaliśmy z zaciekawieniem zadania. W większości pytania dotyczyły etapów życia Karola Wojtyły, jego dzieł, a niektóre nawet powiedzonek. Po skończeniu zadań niektórzy uczestnicy delektowali się zapachem lasu, podziwiając piękno otaczającej przyrody. Pozostałe osoby postanowiły wylegiwać się wygodnie na wydmie, zajadając się pysznymi kanapkami i batonami. Wówczas zza chmur wyszło długo oczekiwane słońce, którego promienie padały na wydmę i zaczęło nas ogrzewać swoim ciepłem.
Z ochotą udaliśmy się w dalszą trasę wędrówki. Tu czekało dla nas nie lada wyzwanie ze sprawności. Wiatr smagał nasze twarze piaskiem. Wdrapywaliśmy się odważnie z całych sił na wzniesienia kolejno występujących po sobie wydm. Przed nami był do przebycia spory kawałek drogi. Miało się wrażenie, że zdobywamy wręcz szczyt Mount Everest. W końcu dotarliśmy na najwyższe wzniesienie wydmowe. Znajdowaliśmy się na Wydmie Czołpińskiej. Jest to druga najbardziej znana po Łąckiej wydma Słowińskiego Parku Narodowego. Tam z zachwytem i z wielką radością patrzyliśmy się przed siebie na oddalone o 600 metrów morze. Na szczycie wydmy odbył się kolejny postój. W oddali dostrzegliśmy fragment Latarni Morskiej w Czołpinie. Czas został zapełniony krótkimi, życiowymi rozmowami i pamiątkowymi zdjęciami. Zabawną sytuacją było zejście do nadbrzeżnego pasa lasu. Każdy wybierał swój sposób schodzenia z wydmy. Część osób turlała się, część skakała, a niektórzy nawet pędzili jak północny wicher. Wreszcie przed naszymi oczami pojawił się niesamowicie rozległy akwen – Bałtyk. Organizator rajdu poinformował nas, że następny postój będzie przed południem. Z wielką ochotą ruszyliśmy przed siebie. Z biegiem czasu zwarta grupa zaczęła się rozciągać. Na czoło rajdu wysuwała się osoba niosąca naszą polską flagę narodową. Flagmistrz pełnił dwie odpowiedzialne funkcje: informował każdego z uczestników, jaka odległość go dzieli od pierwszego uczestnika oraz przypominał nadchodzącym znad przeciwka o zbliżającym się święcie majowym. Większość z rajdowiczów czuło obowiązek, dumę i zaszczyt, gdy mogło nim być choć przez chwilę.
Zbliżała się godzina 11:30. Wiktor zarządził przerwę na wypoczynek. 8 km mieliśmy już za sobą. W tym momencie nastąpił czas na rozstrzygnięcie wyników z quizu. Na każdą drużynę czekała słodka nagroda pod postacią Delicji. O godzinie 12:00 nastąpiła chwila odmówienia modlitwy Anioł Pański. Wszyscy stanęliśmy w kręgu, oddając się kontemplacji i zadumie. Po modlitwie przystąpiliśmy do posiłku, dzieląc się między sobą wspomnianymi ciasteczkami, przygotowanym przez siebie prowiantem i spostrzeżeniami z rajdu. Tak posileni powędrowaliśmy brzegiem morza. Szum fal zagłuszał panującą ciszę. Nadmorski wicher ponownie dawał o sobie znać. W końcu znaleźliśmy się niedaleko Wydmy Łąckiej. Zobaczyliśmy tam tłum ludzi, widocznych już przy wejściu. Przy drogowskazie kierującym na Górę Łącką, postanowiliśmy zejść w głąb lądu, aby wspiąć się na tę najwyższą ruchomą wydmę w Polsce. Trud się opłacił, ponieważ wyłonił się przed nami piękny pejzaż na jezioro Łebsko, Bałtyk i okoliczne wydmy. Większość osób schodziła według swojego uznania. Jednak znalazła się odważna część śmiałków, która turlała się albo robiła fikołki, żeby jak najszybciej być na dole. Zabawa nie miała końca. Wreszcie jednak zeszliśmy do leśnej dróżki, po której co i rusz jeżdżą meleksy, wożące turystów. Po przejściu dwóch kilometrów spostrzegliśmy muzeum wyrzutni oraz wieżę widokową. Ze względu dwucyfrową opłatę za wstęp do tego miejsca zdecydowaliśmy się tuż za wyrzutami skręcić na czarny szlak w celu powrotu nad Morze Bałtyckie. Kiedy znów dotarliśmy na plażę, ogarnęło nas zmęczenie. Organizator zrobił krótki postój. Za nami było około 17 km. Było nam bardzo ciężko, ale mając wsparcie rajdowiczów, człowiek zapomina o bólu i odciskach na stopach. Z pełną werwą ruszyliśmy przed siebie. Po długim czasie dotarliśmy do trasy docelowej – Łeba. Z uśmiechem na twarzy i z nutką niewyobrażalnej satysfakcji mijaliśmy pozdrawiających nas z naprzeciwka przechodniów. Przechodząc przez most oraz kręte uliczki, doszliśmy do miejsca naszego zakwaterowania – pensjonatu Jagienka, który mieścił się niedaleko centrum miasta. Po rozpakowaniu rzeczy podążyliśmy z pośpiechem na niedzielną mszę do kościoła Wniebowzięcia NMP. Po mszy wstąpiliśmy do pobliskiego sklepu w celu uzupełnienia potrzebnych zapasów na następny dzień, a stamtąd udaliśmy się do ośrodka wypoczynkowego. Niektórzy udali się na spoczynek, żeby zebrać siły, a niektórzy do pobliskiej restauracji, gdzie czekała na nich 50 centymetrowa pizza.
Tak zakończył się dzień, który zapisał się na trwale w naszej pamięci. Nie wiedzieliśmy, z jakimi wyzwaniami trzeba będzie się nazajutrz zmierzyć oraz jakie przeżycia będą nam towarzyszyć do końca wyprawy. Z lekką niecierpliwością oczekiwaliśmy następnego dnia…

Kasia Cichowska


 

2 maja 2011 r.

Trzeci dzień naszej wędrówki obejmował trasę Łeba – Białogóra. To około 35 km i aby przejść ją ze spokojem, należało wcześnie wstać. Starając się dostosować do zarządzenia Wiktora o wyruszeniu o 7.30, a jednocześnie spać jak najdłużej, trzeba było skrócić do minimum czas przeznaczony na śniadanie. Plan prawie się udał. Wszyscy w porę zebrali się pod budynkiem, w którym nocowaliśmy. Mimo to, załatwianie spraw związanych z kwaterą opóźniło nasz wymarsz o jakieś pół godziny.
Ku naszej uciesze, przywitało nas piękne słońce, bez ostoi chmur i obawy o deszcz. Gdy tylko udało się nam przedrzeć przez miejską zabudowę Łeby, znów mogliśmy napawać się widokiem morza, tego dnia zacierającego swe granice z czystym błękitem nieba. I tak, pierwszy odcinek wyznaczonej trasy przemierzaliśmy plażą, zatrzymując się na postoje wśród nadbałtyckich wydm. Urozmaiceniem podczas monotonnej wędrówki była napotkana na brzegu betonowa budowla – pozostałość po jednym z dwóch buczków mgłowych działających tu w przeszłości. Sprawiła ona wszystkim niemałą frajdę, gdyż wchodząc na jej szczyt, mogliśmy poczuć się nieomal jak zdobywcy i podziwiać horyzont z perspektywy kilku metrów ponad ziemią.
Idąc dalej postanowiliśmy odpocząć od wietrznej plaży. Zmieniliśmy morski krajobraz i wśród leśnych klimatów rozpoczęliśmy drogę do Lubiatowa. Oznaczało to jednak rezygnację z odwiedzenia latarni morskiej Stilo, która znajdowała się nieopodal. Jak się okazało, z zejściem ze szlaku związana była przeprawa przez gąszcz kosodrzewin, co było raczej miłym urozmaiceniem niż udręką. Ponadto, co niektórzy mogli zaopatrzyć się w pamiątkowe szyszki. Zaraz po odnalezieniu drogi zdecydowaliśmy się wydłużyć czas wędrówki i pozwoliliśmy sobie na dłuższą przerwę. Na piaskowej trasie wśród kosodrzewin, w towarzystwie beduinów – nazwanych tak rajdowiczów chroniących twarze przed słońcem, spędziliśmy ponad pół godziny. Był to czas na dostarczenie naszym organizmom nieco energii, wypoczynek dla strudzonych mięśni i żywą dyskusję nad mapą… Chwilę po zakończeniu tej sielanki, trasa stała się mniej malownicza. Droga na pewnym odcinku okazała się bowiem wyłożona betonowymi jombami. Rekompensatą była możliwość sesji fotograficznej na tle napotkanej wieży obserwacyjnej. I chyba od tego momentu pojawiły się w nas pierwsze myśli o zaplanowanym na wieczór ognisku. Dlatego czym prędzej kontynuowaliśmy marsz. Nie zabrakło nam jednak fantazji. Najpierw męska część grona, dostrzegając w piasku kawałek drutu kolczastego, poczuła się prawie jak na polu bitwy. Za broń służyły kijki, a integralną część tej wizji stanowiła ustawiona w tle flaga. Pozostawiając za sobą wydmę, na której toczył się ów bój – należało przeprawić się przez rzeczkę zwaną Bezimienną. W ten sposób mogliśmy wędrować leśnym traktem biegnącym z pobliskiej Szklanej Huty ku ujściu wspomnianej rzeczki do morza. Napotkaliśmy na nim drogowskaz do… Źródełka Miłości. Co niektórzy ulegli pokusie i w ciekawości zboczyli na moment z trasy. W tym samym czasie, część rajdowiczów podjęła się przeprowadzenia paramedycznej transplantacji serca. Ku naszemu zaskoczeniu, operacja zakończyła się sukcesem.
Tuż przed godziną 17 doszliśmy do wejścia nr 36 – Osieki. Dzięki niemu znaleźliśmy się znów na plaży, ale jak się później okazało, wcale nie ostatni raz tego dnia… Po około 45 minutowej wędrówce, smagani morską bryzą, doszliśmy do około kilometrowej promenady – i to był już końcowy odcinek zaplanowanej trasy. Po godzinie 19 dotarliśmy wreszcie na kwaterę. Tu szybko się odświeżyliśmy i czym prędzej zabraliśmy się za rozpalanie ogniska. Czas spędzony przy pieczeniu kiełbasek urozmaicało nam wprowadzanie w życie tekstów ze śpiewnika oraz – co ważniejsze – obecność gościa, jakim był nasz ksiądz duszpasterz. Pomimo zimna, jaki oferował tamtejszy wieczór, w cieple ognia, pod gwiaździstym niebem nocy, wśród śpiewu, rozmów i spojrzeń znad unoszących się iskier, kilka godzin minęło jak kilka minut… A kiedy wszystko już było uprzątnięte i dotknęło nas zmęczenie, zamiast pójść prosto do łóżek – część z nas kontynuowała rozmowy przy rozgrzewającej herbacie. I wtedy zrodził się pomysł na nocny spacer, na plażę. Urzeczeni ciemnością śpiącej okolicy, rozświetlanej pomarańczowymi promieniami ulicznych lamp – zbłądziliśmy. Jednak nie zniechęciło to nas do szukania tej właściwej drogi. Odnajdując wśród drzew promenadę, oświetloną jedynie kilkoma czołówkami, dotarliśmy do celu. Zasłuchani w szum nocnego morza, zapatrzeni w nadzwyczaj rozgwieżdżone niebo, mogliśmy na chwilę odpłynąć… Niestety, mimo całego piękna, trzeba było wracać do rzeczywistości… i kwatery, by kolejnego dnia wyruszyć dalej.

Anna Kamińska


 

3 maja 2011 r.

Z czym kojarzy nam się dzień 3 maja? To, że jest to w Polsce dzień wolny od pracy, wie chyba każdy; to, że jest to rocznica ustanowienia w 1791 r. pierwszej w Europie Konstytucji, jest faktem znanym pilnym uczniom i co bardziej światłym dorosłym. Aleksander, Juwenalis i Świętosława obchodzą w ów dzień imieniny, a użytkownicy inhalatorów i złorzeczący pyłkom roślin jednoczą się podczas przypadającego wówczas Międzynarodowego Dnia Astmy i Alergii. Jednak dla dziesięciu osób tegoroczny dzień 3 maja oznaczał coś zupełnie innego: oto kilkudniowa rajdowa wędrówka wybrzeżem Bałtyku dobiegała końca.
Wyruszyliśmy z Białogóry rankiem, żegnani dobrym słowem gospodarza naszej kwatery. Wielu rajdowiczów, niewyspanych po nocnej eskapadzie dnia poprzedniego, przecierało jeszcze powieki. Choć poranne słońce zmusiło niektórych do założenia okularów przeciwsłonecznych, zimny wiatr nie zachęcał do zrzucenia kurtek, wręcz przeciwnie: niezbędnym dodatkiem do ekwipunku wydawały się rękawiczki. Nie czekaliśmy długo na pierwszy postój. Zatrzymaliśmy się na obrzeżach miasta przy sklepie, aby umożliwić chętnym uzupełnienie zapasów. Każdy przeliczył w myślach, czy starczy mu jedzenia na popołudniowy posiłek – wszak już wieczorem mieliśmy dotrzeć do naszych domów. Okazało się, że nasze zasoby żywnościowe przekraczały nawet nasze potrzeby: dowiezioną przez naszego księdza dobrodzieja Coca-Colę rozdzieliliśmy sprawiedliwie pośród spragnionych i poszukujących energetycznej motywacji do dalszej wędrówki.
Po wyjściu z Białogóry zagłębiliśmy się w nadmorski las. Osłonięci od porywistego wiatru kroczyliśmy raźnym krokiem leśną ścieżką, umilając sobie czas rozmowami i żartami. Wiosennie zieleniące się drzewa dawały upragniony cień. Oddychaliśmy pełną piersią powietrzem nasączonym sosnowym aromatem, a niewygodne myśli spłoszone chwilą beztroski ustąpiły miejsca marzeniom o niebieskich migdałach. Wkoło cisza i spokój… Dotarliśmy do mostu ukrytego pośród leśnego zagajnika nieopodal Dębek. Nad brzegiem rzeki Piaśnicy, która za kilkadziesiąt metrów miała znaleźć ujście do morza, zatrzymaliśmy się na odpoczynek, czekając przy tym na pogrążonych w zażartej dyskusji maruderów. Wszyscy razem udaliśmy się na plażę, gdzie rozpoczęliśmy nasze ostatnie majówkowe droczenie się z morskimi falami. Stąpając po wąskim pasie mokrego i utwardzonego piasku na styku plaży i morza, każdy swoim tempem, staraliśmy się nie dać się pokonać nadciągającym falom, upierającym się, aby koniecznie obmyć nam buty. Czasem wystarczyła chwila nieuwagi… i już w butach chlupotała słona woda. Niezrażeni jednak drobnymi porażkami w potyczkach z potęgą morskiego żywiołu wędrowaliśmy przed siebie, ciesząc się ostatnimi chwilami spędzonymi na wybrzeżu. W samo południe zatrzymaliśmy się na modlitwę i odpoczynek. Nieodłączna biało-czerwona flaga powiewała na wietrze, przypominając o charakterze dzisiejszego dnia. Po chwili znów ruszyliśmy w drogę, spokojnym tempem, odczuwając powoli ogarniające zmęczenie. „Plażą szły zakonnice, a słońce w dół wciąż spadało, nie mogąc spaść…” – w pewnym momencie zbliżające się postacie w czarnych habitach przypomniały nam słowa piosenki Budki Suflera.
Według początkowego planu rajd miał się zakończyć w Karwi, ale… z rozpędu poszliśmy dalej, w kierunku Jastrzębiej Góry. Gdy napotkaliśmy na rzekę niemożliwą do przebycia suchą nogą, część rajdowiczów postanowiła tam odpocząć – organizator jednak miał inną koncepcję. Dlaczego – miało się okazać później. Skierowaliśmy zatem swe kroki w głąb lądu, mijając po drodze wielkie maszyny budowlane i zagłębiając się ponownie w nadbrzeżny las. Po odpoczynku w zacisznym miejscu nastąpiła uroczysta chwila: każdy z uczestników rajdu otrzymał Certyfikat Bałtyckiego Długodystansowca, zaświadczający o wpisaniu go do „Pocztu Bałtyckich Długodystansowców”, spisu obejmującego osoby, które przeszły wzdłuż polskiego wybrzeża Bałtyku co najmniej 100 kolejnych kilometrów podczas jednej wędrówki. Takich osób jest w Polsce jedynie około 160, dlatego wpis ów może być z pewnością powodem do dumy.
Jeszcze tylko pospieszna wędrówka poboczem szosy, aby zdążyć na PKS, przekonująca nas niezbicie, że Jastrzębia Góra rzeczywiście jest górą, a następnie niespodziewany poczęstunek lodami w nagrodę za wytrwałość i… jedziemy już w stronę Trójmiasta. Zmęczeni, ale zahartowani i zadowoleni z przeżytej przygody. Można sobie tylko życzyć, aby takich wędrówek było więcej…

Anna Dampc


 

Trudy wędrówki

To był trzeci dzień naszej wędrówki nad polskim morzem. Dystans wcale nie najdłuższy – ok. 30 km, ale jak to często bywa, trzeciego dnia przychodzi mały kryzys…
Szliśmy z zachodu na wschód, a wiatr wiał nam oczywiście w twarz – mimo, że zwykle wieje w przeciwnym kierunku. No cóż, statystyka. Po przejściu połowy dystansu, byłem spocony pod trzema warstwami odzieży, a jednocześnie na postojach robiło się zimno. I pojawiły się wątpliwości – czy dam radę, czy się nie rozchoruję po tym etapie? Na szczęście następne kilometry Wiktor poprowadził nas w pewnym oddaleniu od brzegu. Osłonięci lasem od wiatru, szybko odzyskaliśmy siły w promieniach majowego słońca. Znalazł się tez czas na dłuższy odpoczynek.
Do Białogóry przybyliśmy tak, jak było to zaplanowane. Po krótkim odpoczynku na kwaterze czekała nas jeszcze główna atrakcja wieczoru – ognisko, na które dojechał do nas ksiądz Andrzej. Czas szybko minął na pieczeniu kiełbasek, rozmowach i śpiewach – tym razem mieliśmy specjalnie przygotowany śpiewnik! Wróciliśmy na kwaterę około północy, a najwytrwalsi (a może najbardziej szaleni) wybrali się jeszcze nocą nad brzeg morza.
Szczęśliwie moje obawy, czy się nie rozchoruję okazały się trochę „na zapas” – a może to zadziałała wypita specjalna mikstura i ciepło rajdowego ogniska?

Adam Mazikowski


 

Z górki na pazurki

Z tegorocznej majówki najmilej wspominam pobyt na ruchomych wydmach w Łebie. Każdy, kto kiedykolwiek tam był, na pewno wie, że bez turlania się z wydm, wyprawa do tego miejsca nie jest zaliczona. W związku z tym oraz absolutnie niezrozumiałą niechęcią większości grupy wobec zapiaszczenia się, Kasia, Artur i ja postanowiliśmy w imieniu wszystkich dopełnić tego uroczystego rytuału.
Po oddaniu naszych bagaży pod opiekę pozostałych uczestników, położyliśmy się na brzegu wydmy i puściliśmy się w dół stoku. Ach, ten pęd, skołowanie i utrata orientacji w przestrzeni… bezcenne! I do tego piasek we włosach, oczach, uszach i ogólnie wszędzie gratis. Nie rozumiem niechęci pozostałych do tak wspaniałej zabawy. Ale wracając do naszej dzielnej trójki – sturlać się raz było nam za mało i ponownie przyciągnął nas szczyt wydmy, na który z wielką chęcią znów się wdrapaliśmy i nastąpiła powtórka z rozrywki. Podobno nic za drugim razem nie jest tak atrakcyjne, jak za pierwszym, jednak na szczęście tym razem stwierdzenie to okazało się nieprawdziwe. Znowu puściliśmy się z wydmy i piasek przysłonił nam cały świat, lecz frajdę mieliśmy ogromną. Pewno gdyby nie ograniczony czas, nastąpiłyby kolejne wspinaczki i turlania, ale niestety trzeba było ruszać w dalszą drogę.
Spróbuję wiernie opisać wrażenia towarzyszące podczas tej szaleńczej zabawy, lecz naprawdę trudno jest je oddać za pomocą słów. Turlanie się z wydmy chyba najbardziej przypomina kolejkę górską bez wagoników, ale z miękkim lądowaniem. Dlatego wszystkim, którzy kiedykolwiek będą na ruchomych wydmach szczerze polecam taką atrakcję. I tym optymistycznym akcentem kończąc pozdrawiam obecnych i przyszłych członków klubu „turlających się”.

Joanna Lipska


 

Mając zamknięte oczy widzi się więcej

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak ważny jest dla nas wzrok? Czy próbowaliście choć raz zrobić cokolwiek z zamkniętymi powiekami? Może zdarzyło się Wam błądzić w zupełnych ciemnościach?
Wszystko co zobaczyłem w czasie tego rajdu majowego było dla mnie wspaniałym przeżyciem, które będę długo i ciepło wspominał. Jednakże najmocniej na mojej kliszy pamięci zapisały się te chwile, gdy miałem zamknięte oczy.
Ostatniego dnia naszej wyprawy, przemierzając niezliczone kilometry wzdłuż brzegów Bałtyku, chroniąc się przed wiatrem zeszliśmy z monotonnie już nudnych piasków plaży na równoległe brzegowi morza leśne szlaki. Zamiast relaksującego oddechu pełną piersią i kojącego zmysły widoku otaczającej przyrody, wybrałem wtedy strach i ciemności. Sam, nie dał bym rady kroczyć tymi mrocznymi ścieżkami – swoich oczu użyczył mi Marcin, który cierpliwie sprawował nade mną pieczę właściwie kierując moje kroki swoimi słowami. Przeszedłem tak chyba kilka ładnych kilometrów…
Kiedy patrzy się na świat czyimiś oczami, rodzi się zaufanie. Kiedy się ufa, nie ma już ciemności strachu, jest tylko światło spokoju.

Artur Maurin


 

Ognisko i wieczorny spacer

Trzeciego dnia zakończyliśmy wędrówkę w Białogórze. Po krótkim odpoczynku zabraliśmy się za przygotowanie ogniska. Po niedługim czasie dołączył do nas ksiądz Andrzej, który przyniósł do nas dobrą nowinę o zastrzeleniu Osamy Bin Ladena przez Amerykanów. Po skonsumowaniu kiełbasek i pieczonego pieczywa, rozpoczęliśmy korzystanie z przygotowanych wcześniej śpiewników. Po zakończeniu ogniska i pożegnaniu księdza byłem przekonany, że za chwilę wszyscy położymy się spać. Dopiero dziewczyny wyprowadziły mnie z tego przekonania. Część osób zgodziła się iść na wieczorny spacer nad morze. Założyliśmy latarki czołowe bez których każda droga poza terenem oświetlonym przez latarnie wydawała się niemożliwa. Wiatr, w ciągu dnia bardzo silny, zdążył się uspokoić.
Już po chwili zaczęliśmy słyszeć szum morza. Zanim się spostrzegliśmy byliśmy już przed wejściem na plażę. Naszym oczom ukazał się przepiękny widok – ciemne falujące morze rozjaśnione w niektórych miejscach światłami statków oraz nieboskłon rozświetlony tysiącami gwiazd. Po dłuższej chwili kontemplacji tego cudownego otoczenia ruszyliśmy z powrotem. Dzięki ciekawym rozmowom droga upłynęła bardzo szybko. Niebawem pożegnaliśmy się i poszliśmy spać.

Maciej Mieczkowski


 

Ognisko

Trzeciego dnia rajdu naszym miejscem spoczynku była Białogóra. Jednak nie była to ostatnia atrakcja tego dnia, bowiem przewidziane było ognisko. Wszyscy braliśmy udział w przygotowaniach. Panie przynosiły kawałki drewna, z których to panowie na czele z Arturem układali stosik do palenia. Doniesiono także ławki, które znajdowały się w pobliskiej „stodole”. Po pewnym czasie na miejsce ogniska dotarł nasz duszpasterz. Wieczór można było oficjalnie uznać za rozpoczęty. W naszym menu przeważały kiełbaski, niektórzy pokusili się o upieczenie chleba. Twarzom uczestników towarzyszyła zaduma, zamyślenie… Podczas tego wieczoru śpiewanych było wiele pieśni: począwszy od religijnych, przez patriotyczne, na szantach skończywszy. Naszym ulubionym utworem okazały się „Deszcze Niespokojne”, pochodzący ze słynnego serialu „Czterej pancerni i pies”. Niezwykle przydatne okazały się latarki, w które to była zaopatrzona część uczestników. Pieśniom nie było końca… W końcu nadeszła uroczysta chwila: wręczenie odznaki rajdowej Maćkowi. Dokonał tego nasz głównodowodzący – Wiktor. Po gratulacjach i licznych brawach, powróciliśmy do ogniska. Spotkanie miało się ku końcowi. Porządkując miejsce paleniska, żegnając księdza wszyscy udaliśmy się do naszej kwatery. Tam część osób, postanowiła zakończyć na tym swój dzień, a inni wybrać się jeszcze nad morze…

Marcin Bieliński


 

Malowane słońcem

Tegoroczna majówka naszego duszpasterstwa była wyjątkowa. Tym razem nie wsiedliśmy w pociąg, który miał nas zawieść na drugi koniec Polski w otwarte ramiona górskich szczytów. W tym roku kolej podmiejska wolniutko potoczyła się wzdłuż bałtyckiego wybrzeża aż do Ustki, gdzie miał się rozpocząć nasz tegoroczny rajd – rajd brzegiem morza. Sceneria naszego maszerowania zmieniła się radykalnie, choć dla mnie była to miła odmiana. Z lewej strony bezkresny granat morza malowany słońcem, to tu, to tam migoczący radośnie iskierkami złota. Po prawej stronie falujący skraj nadmorskiego sosnowego lasu, piaszczyste wysokie klify, to znów leniwie pełzające wydmy z dumnie powiewającą piaskownicą zwyczajną. Pod stopami piasek a wkoło nieprzerwany widok nieba, tysiące widoków zmieniających się wraz z pogodą, wysokością słońca, wilgotnością powietrza, tysiące obrazów zapisanych w niewidzialnym albumie. Choć wciąż to samo, morze było inne każdego dnia. Inne było słońce, różne były nastroje, różne konfiguracje maszerujących wąskim ubitym skrajem plaży dwójek (rajdowych dwójek Rajdowiczów), tylko wiatr wciąż ten sam, wciąż w twarz, wciąż lodowaty. Całodzienny trud kończyliśmy zawsze w bezpiecznej przystani któregoś z nadbałtyckich kurortów, gdzie cichł szum fal i huk wiatru a rozlewała się cicha nuta naszego śpiewu i ciepłej herbaty. Bo majówka, czy to w górach, czy nad morzem, zawsze ma swój, ten sam rajdowy charakter!

DMW